"Litwo! Ojczyzno moja..."
Dostaliśmy zaproszenie na otwarcie litewskiego sezonu motocyklowego w Wilnie i
pojechaliśmy w piątek rano. 6 motocykli -6 jeźdźców i troje "z boku
pripioku" (to powiedzonko wileńskie oznacza przydupasa). Na granicy
wymieniliśmy złotówki na lity. Kilka kilometrów przed Aukstadvarysem (Wysoki
Dwór) czekał na nas Robert, który eskortował nas na miejsce. Niebawem
znaleźliśmy się w naszej bazie, uroczym zakątku nad jeziorem, gdzie przyjęła
nas Ania, żona Roberta. To ona zajmowała się organizacją naszego spania i
jedzenia. Bez jej starań obgryzalibyśmy korę z drzew i spalibyśmy przykrywszy
się naszymi motorkami. Na miejscu byli także Staszek i Beata oraz Andrzej i
Roman z rodzinami, a także Mirek, Jureka, Loleki inni przyjaciele z Litwy.
W sobotę pojechaliśmy na zlot, czyli ogólno litewskie rozpoczęcie sezonu
motocyklowego. Deszcz wisiał w powietrzu, trzymał się niewyobrażalnej ilości
spalin wydobywającej się z setek rur wydechowych. Skutery wyczyniały przedziwne
ewolucje, motocykle jeździły najwolniej jak się dało (konkursy), szalały na
jednym kole (Lolek, który robił to także na mokrej drodze, w deszczu, przy 150
na budziku),paliły gumę (sprzedaż opon ma się dobrze), słowem robiły wszystko
to, co się robi na takich imprezach. Maszyny przeróżne, ludzie także. Nasze
błękitne kamizelki wzbudzały duże zainteresowanie. Parada, wbrew obawom, odbyła
się całkiem zgrabnie, wszyscy zostali pokropieni (no cóż, deszczem) –zdjęcia tutaj
. Wieczór cudowny. Niektórzy spędzili go głównie w bani, gdzie rozgrzewali
do czerwoności swoje wątłe ciała, apotem chłodzili je w beczce z zimną wodą
(odważniejsi w jeziorze).
Niedzielny poranek powitał nas deszczem i tak już było do południa. Zwiedzać
Wilno, stolicę Litwy pojechaliśmy samochodami. "Panno Święta co... w
Ostrej świecisz Bramie"- od tego miejsca zaczęliśmy. Trafiliśmy na Dzień
Polonii i Święto Matki obchodzone tutaj 2 maja. Na mszy żołnierze w mundurach
ułanów, polscy harcerze, sztandary, wielu Polaków z Litwy i my. Czuło się ducha
polskości, a śpiewana Rota trochę inny miała wydźwięk.
Potem spacer ulicami Wilna, cmentarz na Rossie - miejsce spoczynku serca Józefa
Piłsudskiego. Wszędzie słychać polską mowę. Przed zachodem słońca zwiedzaliśmy
zamek w Trokach, dawną siedzibę księcia Litwy.
Ostatni wieczór, snujemy plany na przyszłość(zapraszamy Wilniuków do Gdańska).
Rano pożegnanie i jazda do Polski. Trochę było żal. Jeszcze kilkadziesiąt
kilometrów od granicy zapominaliśmy się i podczas ubierania pe deszczówek padały
słowa w języku litewskim: "nie napinaj tak dupas, bogacias pękas w
krokas". I pękły, Piotrowi, który pracowicie zszywał je poprzedniego
wieczoru.
No cóż, zmokło nam co nieco. Jechaliśmy w deszczu ponad 200 km, ale warto było.
Asia i Leszek
|